Obiecałam, że zdam Wam relację z imprezy, więc słowa dotrzymam (ale nie spodziewajcie się nie wiadomo czego). Tak więc: jakoś po 20 spotkałam się ze znajomymi i poszliśmy na wspomnianą "imprezę". Teraz o tej godzinie jest jeszcze jasno, więc nie za bardzo się to wszystko kręciło. Po dłuższej naradzie wreszcie tam weszliśmy. Atmosfera poprawiła się w okolicach 23. Nie powiem ,potańczyłam sobie trochę, pośmiałam się, poznałam kilku fajnych ludzi, ale niestety nie udało mi się zrobić tej jednej, najważniejszej rzeczy. Czaiłam się na TEGO chłopaka całą noc i zastanawiałam się jak do niego podejść, ja zagadać, ale nie był w moim zasięgu (jak zwykle...). Tak więc zrezygnowana wróciłam do domu na ustaloną wcześniej godzinę. Najgorsze jest to, że na drugi dzień mi nie przeszło. Ani na następny i mnie kurna trzyma ten stan..jak to się mówi "zauroczenia". Na moje nieszczęście takie momenty w moim życiu NIGDY nie kończą się po mojej myśli. Chciałabym tak mocnomocnomocno znów poczuć się kochaną i kochać. Może dramatyzuję, ale wiecie każdy człowiek tego potrzebuje. Szczególnie w moim wieku. Ehh..wpadłam jak śliwka w kompot! Na szczęście na osłodę mam mnóstwo lodów w zamrażarce i nieograniczony limit filmów do obejrzenia :)
Tradycyjnie-piosenka dnia: Lady Antebellum_Wanted You More
Buziaki, Invisiblee
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz